poniedziałek, 31 października 2022
Szpital
Po trzech tygodniach Trzyniecki przeniósł się na oddział Kautersa. Przed
rozpoczęciem pracy złożył nowemu przełożonemu wizytę. Otworzył mu chirurg w zbyt
przestronnej, granatowej bonżurce ze srebrnymi naszywkami. Stefan przeprosił go
i niósł jeszcze swoje przemówienie przez ciemny przedpokój do mieszkania, gdzie
umilkł, osłupiały. Pierwsze było wrażenie brązu przełamanego czernią i drgającym
fioletem. Z sufitu zwieszały się jakby różańce wyschłych, blado zabarwionych
łusek, podłogę zaścielała czarno-pomarańczowa smyrna w wypełzłe gondole?
płomienie? salamandry? Ściany znikały pod sztychami, obrazami w czarnych ramach
i wąskimi jak kapliczki szafkami, tęczującymi szkłem, o nóżkach z rogów
bawolich. Z najbliższej ściany, jak nóż z pochwy, wysuwał się wyszczerzony
żółtymi kłami pysk krokodyla, rzekłbyś: zdrewniała, drapieżna roślina. Stół
bardzo niski, kryty dziewięciokątną płytą szlifowanego szkła, pod nią intarsja
bursztynowych i brunatnych, nigdzie nie istniejących kwiatów. Po obu stronach
drzwi wznosiły się szafy biblioteczne, pełne książek niedbale rzuconych na
półki, dzieł w skórę oprawnych, omszałych starością wydań o złoconych brzeżkach
kart. Ogromne atlanty, szare albumy, krwiste i papuzie grzbiety wyzierały
pomieszane zza bibelotów, zajmujących przednie brzegi półek. Kauters usadził
gościa, którego wzrok mimowiednie błądził wśród japońskich drzeworytów,
staroindyjskich figurek i świecących cacek z porcelany, powiedział, że się
cieszy, i prosił, by Stefan opowiedział mu coś o sobie: powinni się poznać. Na
tym pustkowiu trudno o kogoś inteligentnego. Czy chce się specjalizować? Stefan
odpowiedział półgębkiem, z przyjemnością dotykając sutych frędzli surowego
jedwabiu, który osłaniał poręcz fotela, aerodynamicznego kolosa, opiętego
chrzęszczącą skórą. Zaczynał się powoli orientować: przyokienna część pokoju
służyła najwidoczniej za pracownię. Nad ogromnym biurkiem wisiały reprodukcje i
maski gipsowe. Niektóre znał. Była tam ikonografia kretyna: na ślimaczo wiotkim
ciałku głowa bez szyi, o żabio rozkrojonych oczach i ustach wpółotwartych,
wypełnionych glistowatym językiem. Za szkłem ciemniało kilka obrzydłych twarzy
Leonarda da Vinci: jedna, o brodzie wywiniętej do przodu jak czub starego
chodaka, z oczodołami na kształt pomarszczonych gniazdek, patrzyła na niego.
Były tam czaszki o deformacji spiralnej i stwory Goi o uszach niczym stulone
skrzydełka nietoperzy, ze skośnie zaciętymi szczękami. Między oknami wisiała
wielka maska gipsowa z kościoła Santa Maria Formosa: prawa połowa twarzy
należała do plugawo uśmiechniętego opoja, lewą wybrzuszała puchlina, w której
pływało rozdęte oko i rzadkie, łopatkowate zęby. Widząc zainteresowanie Stefana,
Kauters zaczął mu z przyjemnością pokazywać to i owo. Okazał się namiętnym
zbieraczem. Miał olbrzymi album sztychów Meuniera, ilustrujących dawne sposoby
leczenia obłąkanych: wirowanie w wielkich drewnianych bębnach, kajdany o
wymyślnie torturujących kolcach, doły z grzechotnikami, w których pobyt miał
oddziaływać uzdrawiająco na przyćmione umysły, gruszki żelazne, wsadzane do ust
i spinane łańcuszkiem na potylicy, by chory nie mógł krzyczeć. Wracając od
biurka do fotela, Stefan zauważył na wierzchu szaf szereg wysokich słojów.
Mętniały w nich kształty fioletowe i szarosine. — Ach, to moja kolekcja — rzekł
Kauters, wskazując po kolei czarną trzcinką — to jest cephalothoracopagus, dalej
craniopagus parietalis, bardzo ładny okaz potworniaka, i jeden bardzo rzadki
epigastrius. Ostatni płód to prześliczny diprosopus, któremu z podniebienia
wyrasta coś w rodzaju nogi — niestety, trochę się uszkodził przy porodzie. Jest
i kilka mniej interesujących... Przeprosił i uchylił drzwi. Dobiegł stamtąd
delikatny dźwięk porcelany i weszła pani Kauters, niosąc czarną lakową tacę, na
której dymił pąsowy ze srebrnymi obwódkami serwis. Stefan zdumiał się znowu.
Pani Amelia miała miękkie, duże usta i twarde oczy, podobne nieco do mężowskich.
Uśmiechając się, ukazywała zęby wypukłe i odrobinę matowe. Trudno ją było nazwać
ładną, ale przyciągała wzrok. Czarne włosy splatała niżej uszu w ciężkie bisiory
chwiejące się przy każdym ruchu, a wiedząc, że ma piękne ramiona, chętnie nosiła
bluzkę z krótkimi rękawami, spiętą w dekolcie trójkątnym ametystem. — Podobają
się panu nasze figurki? — mówił chirurg, podsuwając Stefanowi rzeźbioną w
kształcie łodzi wikingów cukiernicę. — No cóż, człowiek, który zrezygnował z tak
wielu rzeczy jak my, ma prawo do oryginalności. — Mamy miękko wyścielone
gniazdko — powiedziała pani Amelia i dotknęła końcami palców puszystego kota,
który wspinał się bezszelestnie na fotel. Linia jej uda, pełna i powolna, gubiła
się w czarnej spirali sukni. Stefan już się nie dziwił, ale chłonął. Kawa była
wyborna, od lat nie pił tak wonnej. Fragmenty urządzenia sąsiadowały o krok z
pomysłem reżysera hollywoodzkiego, który chce ukazać „salon księcia
węgierskiego”, nie wiedząc, co to Węgry. Drzwi mieszkania Kautersa ucinały jak
nożem rozpościerającą się wszędzie atmosferę szpitalnych ścian, wymytej do
połysku bieli kafli i kaloryferów. Wpatrując się w żółtawą twarz chirurga, w
której jak niecierpliwe motyle trzepotały za szkłami powieki, Stefan pomyślał,
że ten pokój jest jakby wnętrzem wyobraźni Kautersa. Pomyślał to w chwili, gdy
rozmowa potrąciła o Sekułowskiego. — Sekułowski? — chirurg wzruszył ramionami. —
Jaki Sekułowski? On się nazywa Sekuła. — Zmienił nazwisko? — Nie, po co?
Przybrał pseudonim, jak była ta historia, no, z tą książką — zwrócił się do
żony. Pani Amelia uśmiechnęła się. — Rozważania państwowotwórcze. O, pan doktor
nie czytał? Doprawdy? Nie, nie mamy tego. To było takie głośne... Co tam było?
No... taki ogólny... takie rozważania. Niby o wszystkim, ale najwięcej o
komunizmie. Lewica się na niego rzuciła... to mu zrobiło wielką reklamę. Zaczął
wszędzie bywać. Biuro nieruchomości Nowa Huta
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz